Wołyń – recenzja filmu

Ludzie giną na wszelkie sposoby, wedle wszelkich kluczów, pod każdym pretekstem. Wydaje się, że nie żyją już wszyscy, że nie ma się przy czym upiera
, nie ma przy czym obstawa. Tyle jest wszędzie tej śmierci. W podziemiach kaplic cmentarnych trumny stoją rzędami i oczekują niejako w ogonku na czas swego pogrzebu. Śmierć zwyczajna, osobista, wobec ogromu śmierci zbiorowej wydaje się czymś niewłaściwym. Nic z dawnego świata nie jest prawdziwe, nic nie zostało.

Siódmego października do kin w całej Polsce trafił „Wołyń”, w którym Wojtek Smarzowski stara się przekazać widzom uniwersalną lekcję.

Reżyser przygotował nam bardzo ważny obraz. Nie tylko mówiący o istotnej sprawie, ale robiący to nadzwyczaj dobrze. Mimo tego, że seans chwilami bywał nużący, to Wołyń”, w ogólnym rozrachunku, robi nader pozytywne wrażenie. Obawiałem się, że nowy film Smarzowskiego będzie kolejnym, mało interesującym i nudnym przedstawicielem polskiego kina historycznego. Cieszę się, że się jednak myliłem.

Przez większość filmu, motywem przewodnim jest historia nieszczęśliwej miłości. Ojciec Zosi (w tej roli znakomita Michalina Łabacz) postanawia wydać ją za najbogatszego we wsi wdowca, sołtysa Wołynia. Podejmując tę decyzję, nie baczy na to, że córka kocha ukraińskiego chłopca. Zosia wychodzi więc za Macieja Skibę (świetny jak zawsze Arkadiusz Jakubik) i od tego momentu następuje powolny rozpad jej życia i marzeń. Obraz w brutalny sposób unaocznia nam, że rzadko dostajemy od losu to, czego chcemy. Przeważnie nasze marzenia toną w morzu cierpienia i niespełnionych pragnień.

Mimo olbrzymiego wrażenia, jaki film na mnie zrobił, mam pewien problem z długością obrazu. Ponad 2,5 godzinny seans miejscami mocno męczy. Jednak z drugiej strony, nie jest to zabieg przypadkowy. Chodzi bowiem o to, aby jak najdokładniej nakreślić przebieg narastającego konfliktu, a wraz z nim nieuchronnego rozpadu i destrukcji więzi międzyludzkich. Przechodząc od sielankowego wesela na początku filmu, do masakrycznego finału, reżyser beznamiętnie pokazuje nam prawdziwy wymiar wojny; jak zmienia ona ludzi w bezduszne bestie. To nie są zwierzęta. One się nie znęcają” mówił jeden z bohaterów obrazu. Czym jest naród i czym grozi jego niewłaściwa interpretacja? Jak bardzo taki abstrakt może doprowadzić do tego, że człowiek człowiekowi staje się wilkiem?

Pierwsze dwie godziny produkcji pokazują widzowi powolne narastanie konfliktu między mieszkańcami Wołynia. Reżyser pokazuje, że miedzy zauważaniem nierówności, a dekapitacją swoich sąsiadów siekierami, przebiega bardzo cienka linia. Film Smarzowskiego nie szczędzi widzowi  makabrycznych i naturalistycznych widoków. Na ekranie, w brutalny sposób, mordowani  są mieszkańcy wsi, również kobiety i dzieci. To ostatnie półgodzinny spektaklu poraża swoją dosłownością i brutalnością. Oszczędna, ale w odpowiednich momentach zaakcentowana muzyka tylko potęguje uczucie beznadziei. Podobny efekt Smarzowski uzyskuje również rwanym montażem, używając go w trudnych dla bohaterów momentach. Film nie pokazuje jednoznacznie Ukraińców jako morderców, a Polaków jako ofiary. Wręcz przeciwnie. Po agresji Ukraińców na Polaków, ci drudzy, w odwecie, gotują swoim dawnym sąsiadom ten sam los.

Otwarte zakończenie pokazuje, że to nie jest zamknięty temat. Wołyń” Smarzowskiego jest przestrogą. Bo niewiele brakuje, by taka masakra się powtórzyła. Nie ważne czy dokonuje się ona na tle narodowym, czy religijnym. Wystarczy tylko iskra, żeby historia zatoczyła koło. Smarzowski nakręcił film opowiadający historię, która przez lata była zamiatana pod dywan. Dlatego też obraz ten na zawsze wpisze się do historii polskiej kinematografii.

Bartosz Dominik
źródło: Tygodnik Klobucka.pl
Fot.: Romek Rogalski

[huge_it_slider id=”2″]
Miejska TV